fot. M. Bąk 1 (źródło: Lechia Gdańsk)
Mateusz Bąk - na zawsze legenda Lechii Gdańsk
Zmarły 2 sierpnia 2026 r. Mateusz Bąk już zawsze będzie jednym z symboli i ikon Lechii
Gdańsk. Te określenia są dziś często nadużywane, ale nie w przypadku bramkarza, który z
biało-zielonymi przeszedł niemal całą żmudną drogę od A-klasy w 2001 r. do Ekstraklasy
siedem lat później. Był częścią zespołu, który odbudowywał klub praktycznie od podstaw.
Widział Lechię w czasach, gdy na jej mecze przychodziły setki kibiców, a piłkarze musieli
łączyć grę w piłkę z pracą i studiami. Potem razem z nią dotarł tam, gdzie jeszcze kilka lat
wcześniej wydawało się to niemal niemożliwe - na najwyższy szczebel polskiego futbolu.
I właśnie dlatego historia Mateusza Bąka jest w pewnym sensie historią odrodzenia Lechii.
Mateusz Bąk to jedna z ikon Lechii Gdańsk
Roman Rogocz, Roman Korynt, bracia Gronowscy, Jerzy Jastrzębowski, Józef Gładysz, Lech
Kulwicki, Piotr Wiśniewski, Flavio Paixao i Mateusz Bąk - ci piłkarze i trenerzy są legendami
Lechii Gdańsk. Każdy z innego powodu.
Ten ostatni, zmarły 2 sierpnia 2026 r., w wieku zaledwie 43 lat, stał się ikoną biało-zielonych
nie dlatego, że był najwybitniejszym bramkarzem w historii klubu. Jego wyjątkowość
polegała na czymś innym. Bąk był jednym z tych, którzy byli z Lechią wtedy, gdy klubowi
było najtrudniej. Nie przyszedł do gotowej, poukładanej drużyny. Nie dostał możliwości
debiutu w wielkim klubie, z profesjonalnym zapleczem, wysokimi kontraktami i perspektywą
gry na największych stadionach.
On tę drogę musiał przejść razem z Lechią.
Początek XXI wieku był dla gdańskiego klubu jednym z najtrudniejszych okresów w historii.
Po latach wzlotów i upadków, problemach organizacyjnych i finansowych oraz nieudanych
mariażach z Olimpią Poznań i Polonią Gdańsk sytuacja była tak zła, że w 2001 r.
zdecydowano się na odbudowę seniorskiej Lechii praktycznie od podstaw. Klub zgłosił
drużynę do rozgrywek A-klasy. Oficjalna historia Lechii określa ten moment jako początek
odbudowy klubu.
Dla klubu, który niespełna dwie dekady wcześniej grał z Juventusem Turyn w europejskich
pucharach, był to upadek niemal na sam dół piłkarskiej hierarchii.
Lechia, która w 1983 r. zdobywała Puchar Polski i Superpuchar Polski, a następnie mierzyła
się z Juventusem w Pucharze Zdobywców Pucharów, musiała rozpocząć nowy rozdział od
meczów z drużynami z małych miejscowości i gmin.
Piłkarze w biało-zielonych strojach, którzy niegdyś wybiegali na boisko przeciwko
Michelowi Platiniemu i jego kolegom, musieli grać m.in. z Deltą Miłoradz, LKS Waplewo
czy Bałtykiem Sztutowo.
W tej drużynie nastolatków na skrzydle szalał Przemysław Urbański, ojciec Kacpra,
późniejszego reprezentanta Polski, a w bramce stał 18-letni Mateusz Bąk.
I tak zaczęła się historia, która kilka lat później miała zakończyć się jego debiutem w
Ekstraklasie.
Bramkarz z A-klasy
Bąk był wychowankiem Jantara Pruszcz Gdański, a w latach 1996–2001 występował w
zespołach juniorskich Lechii. Do pierwszej drużyny trafił więc w momencie, gdy klub znalazł
się na samym dole. W sezonie 2001/02 rozegrał 22 spotkania ligowe w A-klasie i dołożył
występy w Pucharze Polski.
Nie była to romantyczna piłka nożna w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Była
romantyczna dlatego, że wszyscy wiedzieli, dla czego to robią, ale jednocześnie bardzo ciężka
w codziennym życiu.
Bąk po latach wspominał, że w wieku 18-19 lat studiował dziennie na AWF. Równocześnie
pracował. Rano potrafił jechać do pracy na poczcie, później spędzać kilka godzin na uczelni,
a następnie pracować nocą w ochronie. Piłka nożna była kolejnym elementem tego napiętego
dnia.
- W wieku 18-19 lat zacząłem studiować dziennie na AWF, jeszcze bez indywidualnego toku
nauczania. Lechia była w V lidze i miała umowę partnerską z Pocztą Polską. Jechało się rano
o piątej na cztery godziny porozrzucać paczki, potem 5-6 godzin na studiach, następnie na
chwilę do domu i na koniec 2-3 razy w tygodniu nocka w ochronie. Wszystko się zbierało. 500
zł z poczty, 400 zł renty po tacie, 500 z klubu, 400 za cieciowanie w firmie ochroniarskiej. Do
kupy było 2 tys. zł, więc mogłem sobie pozwolić na Forda Fiestę w ratach, komórkę i bardziej
samodzielne funkcjonowanie.
Dzisiaj trudno sobie wyobrazić profesjonalnego piłkarza, który przed treningiem musi
rozwozić paczki, chodzić na studia, a nocą pracować jako ochroniarz. Wtedy była to
rzeczywistość młodych zawodników odbudowującej się Lechii.
A jednak właśnie z takich warunków powstawała drużyna, która miała dokonać rzeczy
niezwykłej.
Od A-klasy do Ekstraklasy
Pierwszy sezon był początkiem marszu, którego rozmiar można było docenić dopiero kilka lat
później.
W 2001/02 Lechia wygrała A-klasę. Rok później triumfowała w lidze okręgowej, następnie w
IV lidze, a w sezonie 2004/05 zwyciężyła w III lidze i awansowała do II ligi. W cztery sezony
pokonała więc cztery szczeble rozgrywkowe. Oficjalne materiały klubu podkreślają, że w
latach 2001–2005 Lechia notowała awans co sezon.
2001/02 - A-klasa - awans
2002/03 - liga okręgowa - awans
2003/04 - IV liga - awans
2004/05 - III liga - awans do II ligi
Za każdym z tych awansów kryły się inne mecze, inni przeciwnicy, nowe wymagania i coraz
większa presja. Drużyna musiała być systematycznie wzmacniana, bo każdy kolejny poziom
oznaczał trudniejszych rywali.
Widok w bramce pozostawał jednak w dużej mierze niezmienny. Wciąż był tam „Bączek”.
Co ważne, nie zawsze był bezdyskusyjnym numerem jeden. W rywalizacji o miejsce między
słupkami pojawiali się kolejni konkurenci. Bąk jednak pozostawał częścią zespołu i
konsekwentnie piął się w górę razem z nim.
Kiedy w 2005 r. Lechia dotarła do II ligi, dla wielu kibiców sam fakt powrotu na ten szczebel
był już ogromnym sukcesem. Władze klubu mówiły jednak wówczas wprost, że celem ma
być powrót do najwyższej klasy rozgrywkowej.
I na ten ostatni krok trzeba było poczekać trzy lata.
Trzy lata na zapleczu
II liga była zupełnie innym światem niż A-klasa, w której Lechia zaczynała odbudowę.
W sezonie 2005/06 gdańszczanie zajęli 11. miejsce, rok później byli już szóści. Mateusz Bąk
był w tym czasie pełnoprawnym członkiem zespołu – w pierwszym z tych sezonów wystąpił
w 33 meczach ligowych, w kolejnym w 25.
Lechia rosła. Zaczęła przyciągać coraz większą uwagę, poprawiała organizację, a do drużyny
trafiali zawodnicy, którzy mieli pomóc wykonać ostatni krok.
W sezonie 2007/08 wszystko zaczęło układać się w całość.
Lechia wygrała II ligę, zdobywając 69 punktów w 34 spotkaniach. Odniosła 21 zwycięstw,
sześć razy remisowała i poniosła siedem porażek. Bilans bramkowy wyniósł 55:34.
Ale najważniejszy mecz przyszedł 18 maja 2008 r.
Na stadionie przy Traugutta Lechia podejmowała wicelidera – Znicz Pruszków. Stawka była
ogromna. Zwycięstwo oznaczało przypieczętowanie awansu do Ekstraklasy.
Lechia wygrała 1:0 po golu Macieja Rogalskiego z rzutu karnego. Awans został zapewniony
na dwie kolejki przed końcem rozgrywek. Po dwudziestu latach Lechia wracała do
najwyższej klasy rozgrywkowej. Dla kibiców był to moment niezwykły. Dla Mateusza Bąka
również.
Siedem lat wcześniej był 18-letnim chłopakiem stojącym w bramce zespołu występującego w
A-klasie. Teraz miał zostać piłkarzem Ekstraklasy.
- Udało się dlatego, że oprócz pracy i determinacji miałem farta. Nigdy nie powiem, że mi się
udało przebić, bo byłem najlepszy. Nie. Mieliśmy naprawdę utalentowanych gości – mówił
zawsze skromny Mateusz Bąk.
Ta skromność była zresztą charakterystyczna dla całej jego historii. Mógł powiedzieć:
„Byłem tam od początku”. I miałby do tego pełne prawo.
Powrót do Ekstraklasy
W pierwszej rundzie sezonu 2008/09 Bąk był podstawowym bramkarzem Lechii. W
kolejnym sezonie wystąpił w siedmiu spotkaniach. Lechia zakończyła pierwszy sezon po
powrocie do elity na 12. miejscu, zdobywając 32 punkty i spokojnie zapewniając sobie
utrzymanie.
Dla klubu był to dopiero początek nowego rozdziału. Dla Bąka - moment, w którym jego
własna droga zaczęła się rozchodzić z drogą Lechii. Wyjechał do Portugalii, ale po pół roku
wrócił do Polski. Później bronił w barwach Wisły Płock, Podbeskidzia Bielsko-Biała oraz
bułgarskiego Etyru 1924 Wielkie Tyrnowo.
Lechia jednak pozostała jego miejscem.
Powrót do Gdańska i najlepszy sezon w karierze
Latem 2013 r., gdy drużynę objął Michał Probierz, Bąk wrócił do Gdańska.
Miał być przede wszystkim rezerwowym. Tymczasem sezon 2013/14 okazał się jednym z
najlepszych w jego karierze. Bąk wykorzystał swoją szansę i prezentował formę, która
pozwoliła mu znaleźć się na pierwszym miejscu w rankingu „Przeglądu Sportowego” wśród
bramkarzy Ekstraklasy.
To była kolejna niezwykła historia w jego karierze. Człowiek, który jeszcze kilkanaście lat
wcześniej grał w A-klasie, został uznany za najlepszego bramkarza najwyższej klasy
rozgrywkowej.
Potem jego rola w pierwszym zespole ponownie zmalała. Był rezerwowym, występował w
drugiej drużynie, ale pozostawał częścią Lechii.
I jeszcze raz dostał możliwość przeżycia czegoś wyjątkowego. Zagrał w meczu towarzyskim
przeciwko Juventusowi Turyn - temu samemu klubowi, z którym Lechia mierzyła się w 1983
r. w Pucharze Zdobywców Pucharów.
Dla bramkarza, który zaczynał swoją przygodę z Lechią na poziomie A-klasy, było to
niezwykłe domknięcie pewnej historii.
Ostatni mecz
Oficjalnie karierę zakończył w 2017 r. W spotkaniu z Pogonią Szczecin pojawił się na boisku
na kilka minut, zmieniając Dusana Kuciaka.
Był to symboliczny moment. W tym samym meczu z kibicami żegnał się Piotr Wiśniewski -
kolejny człowiek, którego nazwisko na zawsze pozostanie związane z Lechią.
Bąk nie odchodził jednak od piłki. Pozostał w klubie, pracując w akademii, a przez pewien
czas pełnił również funkcję trenera bramkarzy pierwszego zespołu, prowadzonego wówczas
przez Piotra Stokowca.
Piłka wciąż była częścią jego życia.
Bramkarz 75-lecia
W 2020 r., podczas obchodów 75-lecia Lechii, kibice wybrali Mateusza Bąka najlepszym
bramkarzem w historii klubu. To wyróżnienie mówiło o nim więcej niż jakiekolwiek
statystyki. Lechia miała przecież bramkarzy znakomitych. Bąk nie został wybrany dlatego, że
miał najbardziej imponujące CV.
Został wybrany, bo dla kibiców był jednym z nich. Był symbolem pokolenia, które
odbudowywało Lechię. Pokolenia, które nie dostało gotowego produktu. Pokolenia, które
musiało ten klub zbudować jeszcze raz.
„To nasza wspólna miłość”
W 2022 r. Bąk pożegnał się z Lechią poruszającym wpisem w mediach społecznościowych.
- Lechia Gdańsk - dziękuję Tobie za każdy dzień w moim życiu. To nasza wspólna miłość.
Jaka ona była? Gdybym powiedział, że zawsze słodka. Skłamałbym. Więc jaka? Autentyczna,
prawdziwa, z momentami wielkich uniesień, a zarazem smutków i kłótni. Nigdy o Tobie nie
zapomnę. Postanowiłem na teraz się rozstać. Nie złość się. Rodzina oraz ambicja kierują
mnie w tej chwili w inną stronę. Życzę Ci jak najlepiej. Dbaj o siebie. Do zobaczenia.
Trudno o lepsze podsumowanie jego relacji z klubem.
Bo Lechia nigdy nie była dla niego tylko pracodawcą. Była częścią życia.
Była miejscem, w którym dorastał jako człowiek i piłkarz. Była drużyną, z którą przeżywał
porażki w A-klasie, kolejne awanse, coraz większe stadiony, Ekstraklasę i własne wzloty oraz
upadki.
Ostatnie pożegnanie
Wydawało się, że dobrze mu z dala od piłki. Wydawało się, że odnosi sukcesy w biznesie
samochodowym, który prowadził z przyjaciółmi. Tak się wydawało…
Ostatni raz rozmawialiśmy w grudniu ubiegłego roku podczas uroczystej premiery albumu
dokumentującego 80 lat historii Lechii Gdańsk - „Najwspanialszy klub na świecie”.
Mateusz trzymał się nieco z boku. Był zamyślony i refleksyjny, ale to był cały on. Nie był
duszą towarzystwa. Nie potrzebował być w centrum uwagi. Zawsze pozostawał sobą. Nie
udawał.
Ciepło podziękował za spotkanie w biało-zielonym gronie. Życzyliśmy sobie wesołych świąt
i dobrego nowego roku.
